Petra Dvořáková – Wrony
(i) W rany
Źle mi się tę książkę czytało.
I bardzo dobrze zarazem.
Źle – bo to historia trudna, gęsta, momentami duszna. Taka, przy której ciało reaguje szybciej niż głowa. Czyta się ją z napięciem, z narastającym ciężarem, z poczuciem, że im dalej w las, tym mroczniej. Są momenty, w których człowiek musi się zatrzymać i zapytać siebie, czy chce iść dalej.
Dobrze – bo jest napisana rewelacyjnie. Czyta się ją jednym tchem, choć to oddech krótki, urywany, czasem niemal wstrzymany. To ten rodzaj lektury, w której walczy się ze sobą: jeszcze jeden rozdział czy już dość? Jeszcze kawałek czy jednak zamknąć książkę, bo robi się za ciężko?
„Wrony” uzmysławiają też coś bardzo niewygodnego: że z niektórych sytuacji – zwłaszcza tych, które noszą znamiona przemocy domowej, emocjonalnej, nieoczywistej – niemal nie ma dobrego wyjścia. Nie ma prostych decyzji. Nie ma czystych rąk. Nie ma rozwiązań, które nie zostawiają śladów.
To nie jest książka, która daje ulgę.
To książka, która pokazuje, jak wygląda świat, gdy ulgi brakuje.
Dla mnie była też lustrem. Pomogła mi przyjrzeć się sobie – nie w sposób oskarżający, ale uczciwy. Zadać pytanie, czy są we mnie zachowania przemocowe. Nie tylko te oczywiste, ale drobne, codzienne, schowane w tonie głosu, w milczeniu, w braku uważności. I jeśli są – co mogę zrobić, by było ich jak najmniej.
Nie wyszedłem z tej lektury z poczuciem, że „już wiem”.
Raczej z większą czujnością.
Uważam „Wrony” za książkę fantastyczną i wartą przeczytania. Jednocześnie wiem, że nie każdy jej podoła. Znam osoby, które musiały ją odłożyć – i zupełnie im się nie dziwię. To nie jest lektura „na każdy moment życia”.
Ale jeśli ktoś czuje, że jest gotów spojrzeć w mrok bez szybkiej pociechy, to ta książka potrafi zrobić coś bardzo ważnego: pokazać, że nawet w piekle czasem pojawia się ktoś, kto uświadamia, że nie jest ono całym światem.