V. Fischl – Pieśń koguta

Nie witamy się po to, by się żegnać.
Żegnamy się, by móc się przywitać.
Opublikowano: 05 lutego 2026 książki emocje

Viktor Fischl – Pieśń koguta

Są książki, które czyta się wzrokiem.
I są takie, które czyta się wnętrzem.

Pieśń koguta należy do tych drugich. Nie prowadzi za rękę, nie objaśnia świata, nie stawia tez. Raczej przysiada gdzieś obok i zaczyna mówić cicho, jakby z troską, żeby nie spłoszyć tego, co w człowieku jeszcze potrafi się dziwić.

To książka o życiu oglądanym bez pośpiechu. O dniu, który nie musi być znaczący, żeby był ważny. O słońcu, które wstaje nie dlatego, że coś z tego wynika, ale dlatego, że taka jest jego natura. Fischl zdaje się mówić: może to wystarczy. Może nie wszystko musi prowadzić dalej. Może czasem wystarczy być.

Kogut Pedro nie jest tu postacią do zrozumienia, lecz do spotkania. Jest jak ten wewnętrzny głos, który nie został jeszcze całkiem zagłuszony przez rozsądek. Głos, który potrafi zachwycić się ogonem koguta, światłem poranka, prostym faktem istnienia – nawet jeśli nie bardzo wiadomo, komu za to dziękować. I może właśnie dlatego wdzięczność brzmi tu najczyściej: bez adresu, bez zobowiązania, bez interesu.

Jest w tej książce rozmowa, która zostaje w człowieku na długo. Doktor, zmęczony ciężarem istnienia, pyta Koguta: po cóż to wszystko, skoro witamy się tylko po to, by się pożegnać. W tym pytaniu jest cała ludzka rezygnacja – świadomość przemijania, nieuchronności strat, kruchości spotkań. A jednak Pedro, zgodnie ze swoją naturą, odpowiada spokojnie: na odwrót. Żegnamy się po to, by się przywitać.

To zdanie nie jest pocieszeniem w tanim sensie. Nie obiecuje, że nic nie boli ani że nic nie znika. Raczej przestawia wewnętrzny akcent. Nie koniec jest tu najważniejszy, lecz to, że każde pożegnanie robi miejsce na coś nowego. Na kolejny dzień. Na inne spotkanie. Na jeszcze jeden poranek, w którym kogut zapieje, a świat – choć na chwilę – znów powie „dzień dobry”.

W tej opowieści życie nie jest projektem ani zadaniem do wykonania. Jest raczej lunatykowaniem po dachu – chwiejnie, niepewnie, czasem na granicy upadku. A jednak nie kończy się katastrofą, lecz spojrzeniem w górę. Jakby Fischl chciał przypomnieć, że zanim odejdziemy, warto jeszcze raz się obrócić i nadstawić twarz do światła. Bez wielkich słów. Z prostą zgodą.

Są też w tej książce straty, po których świat się nie kończy, ale zmienia swój ciężar. Jak w grze w szachy, gdy znika królowa. Da się grać dalej, tylko inaczej. Ostrożniej. Ubożej. Z pamięcią tego, czego już nie ma. Fischl nie dramatyzuje tego stanu, nie szuka taniej pociechy. Raczej przyjmuje go takim, jaki jest. Jak część drogi.

Czy życie ma fabułę? Pada takie pytanie, ale odpowiedź wcale nie jest najważniejsza. Może fabuła nie jest potrzebna. Może wystarczy, że dziś jest. Że jutro przyjdzie. Że dzień, który się zaczyna, może być najpiękniejszy – choćby tylko dlatego, że jest nowy.

Pieśń koguta nie zostawia czytelnika z gotową mądrością. Zostawia go raczej z delikatnie przesuniętą perspektywą. Z większą uważnością. Z przypomnieniem, że nie wszystko, co najważniejsze, musi być nazwane, zmierzone albo uzasadnione.

To książka, która nie domaga się interpretacji.
Wystarczy jej obecność.

Powrót do wszystkich